Te wąskie pasy ziemi, narzucone na skalne podłoże, nie buchały żarem, kwiatami, zielenią, życiem — a jakby wyczerpane walką ze słońcem i z kamieniem, leżały ciche i pławiły się melancholijnie w tym ciepłym, kaloryferowym prawie powietrzu.

Kaloryferowa, cieplarniana wiosna.

A dookoła roztocze13 nieskończone monotonnego błękitu i wody nieruchomej, zmartwiałej, a w pośrodku cały ten kraj garbaty górami, kraj rumowisk bezładnych, brzydkich i dzikich, poplamiony kępami nędznych zieleni, wpośród14 których słaniają się strasznie brzydkie domy i miasteczka.

I na drogach smutnych, kamienistych, leży wieczna, martwa cisza, czasem spośród tych gór trupich, spośród tych bezmyślnych zsypowisk zdechniętych głazów, z bladych aloesów i dzikich kaktusów wychylały się brodate głowy kóz — a częściej jeszcze gromady dzieci żebrzących o soldy15.

Niebo bez chmur, morze bez ruchu, ziemia bez krzyków — martwa cisza rumowiska, wśród którego pleni się z trudem, z boleścią, w męce, ciężkie, głodne życie.

I na próżno dzień cały szukałem tej wiosny wymarzonej, tej cudnej primavery italskiej — nie ma jej w Italii, ona jest tylko u poetów, ale tym piękniejsza i rzeczywistsza.

Kiedym powracał, mroki już przysłaniały cały amfiteatr sorrentyński — świeciły tylko najwyższe szczyty gór i wody w zatoce.

A cisza tego wiosennego wieczoru była jeszcze cięższa, bardziej smutna i martwa niźli we dnie.

W jakiejś zagrodzie, schowanej w cytrynowym gaju, osły zaczęły ryczeć przeraźliwie, odpowiadały im i inne z dala i z bliska, że uczynił się ohydny koncert wieczoru.

Polska