— Bartek, idź do Walka, niech założy cugowe do wolancika, pojedzie z panią do Witowa!
— Bój się Boga, chłopaku! roboty tyla, że niewiadomo, co wpierw robić, ludzi nawet na lekarstwo dostać nie można, a ten, jak Boga tego kocham, parobków na spacery wysyłać będzie!
— Wiem dobrze, że robota jest, ale Jania musi jechać.
— Tak, muszę jechać! — odpowiedziała z przyciskiem, aby zrobić na złość staremu.
— Grafina zapowietrzona! — mruknął stary ze złością i, nie skończywszy obiadu, wyszedł, a Janka była w takiem usposobieniu, że aby mu zrobić więcej przykrości, kazała koniom czekać przed dworem całe dwie godziny, i z pewną przyjemnością widziała, że stary kilka razy wyglądał z oficyny na podjazd, klął głośno na marnowanie czasu i na jaśnie państwo, i, nie mogąc wkońcu wytrzymać, krzyknął na stangreta:
— Czemu nie jedziesz?
— Jaśnie pani kazała czekać.
— Ażeby pioruny takie rządy, jak Boga... — cofnął się, bo wyszła Janka i pojechali.
XXI
Do Witowa był kawał drogi; jechali wielką aleją, wysadzaną lipami, łączącą oba majątki, kiedyś tworzące całość jedną.