— Kocham! — śpiewały jej wielkie niebieskie oczy, pełne łzawych blasków rozkoszy.

— Kocham! — odpowiadały jego oczy.

— Kocham! kocham! kocham! — śpiewało im w mózgach, w duszach, w krwi młodej, i wszystko w nich, i wszystko dookoła śpiewało im ten hymn szczęścia, miłości, upojenia.

Zarzuciła mu bezwiednym ruchem ręce na szyję, oplotła go sobą, i przez łzy, przez miłość, przez bojaźń i rozkosz, szeptała upojona i porwana czarem tej chwili:

— Stachu mój! Stachu mój! kocham cię!

Nie mógł mówić ze wzruszenia, dopiero po chwili pewnej, klęknął przed nią i zapewniał drżącym głosem o swojej miłości wiernej, przysięgał jej na śmierć i życie.

Wreszcie, kiedy już powrócili do jakiej takiej równowagi, Staś otrzepał chusteczką kolana, wytarł spoconą twarz, zapiął wszystkie guziki surduta, i poważnym, nieco drżącym głosem, rzekł:

— To ja pójdę pomówić z ciocią pani...

Tak, teraz czuł się mężczyzną.

— Nie, nie teraz, nie śmiałabym spojrzeć jej w oczy, a zresztą nie przyjechała jeszcze, ale niech pan już idzie.