— Błagam o przebaczenie. Nie chciałem pani obrazić. Niech pani tak nie odchodzi.
— Rozejdźmy się lepiej; nie przywykłam, aby eksperymentowano dla zabawki na moich nerwach i wrażliwości.
Patrzał się w jej oczy tak smutnie, że stopił gniew, i zadrgała w niej litość i współczucie.
— Ciekawe wrażenie wyniósłby ten, ktoby nas widział i słyszał teraz — powiedziała, usiłując panować nad sobą.
— Zrozumiałby, że ma przed sobą dwie dusze, które się szukają i które się boją własnych przepaści.
— A pan coby powiedział? — Serce zabiło jej mocno.
— Żeśmy szukali bezwiednie dróg do dusz własnych.
— Dobranoc panu, dojdę już sama.
— I żeśmy zajrzeli do ciemni — mówił, nie słysząc jej pożegnania.
— Mając takie cuda przed sobą! — Wskazała wiszące nad lasami słońce, co się krwawiło w szybach stawów i pływało w mgłach sinych.