— Czemu nie poszedł ze mną! — myślała, ale później, gdy ruch wrócił ją do przytomności zupełnej, zacięła usta z gniewu, była bardzo niezadowoloną z siebie, jeszcze resztki tego nastroju przenikały ją dreszczem rozkosznym, ale się im broniła myślami i rozwagą.
Przy kolacji zauważyła tylko, że matka miała zaczerwienione oczy, stary był pijany i groźnie patrzył na nią, a mąż, weselszy niż zwykle, namawiał ją usilnie, aby co zjadła koniecznie.
— Nie mogę. Zmęczyłam się trochę i głowa mnie boli...
Nie, nie mogła mówić, nie słyszała nawet, gdy mówiono do niej, była bardzo daleko od nich wszystkich myślą, błądziła po jakimś świecie rozmarzeń, pełnym błysków spojrzeń, konturów twarzy, dźwięków głosów, wyrazów ócz, pełnym słodkiego chaosu.
— Panna Jadwiga zdrowa? Widziałaś się ze Stefanem?
— Zdrowa, zdrowa — powtórzyła. — Pana Stefana podobno od rana nie było w domu.
Dlaczego tak odpowiedziała, nie umiała zdać sobie sprawy, ale to ją zmieszało.
Poszła zaraz do swojego pokoju.
A rano obudziła się dziwnie dobrze usposobiona, tak dobrze, tak się czuła spokojna, pełna sił, chęci do życia i do czynu, że poszła do oficyny.
Matka zajęta była powłóczeniem świeżych poszewek na poduszki.