Zmieszała się, bo to spojrzenie miało taką siłę, że głowa jej drgnęła jakimś poprzecznym ruchem, poprawiła się na krześle.
— Pani mi odpowie? — dodał.
— Tem, że sannę lubię bardzo.
— Przypuszczam, że pani nie zna prawdziwej sanny, bo konie Andrzeja, chociaż niezłe, ale człapaki, chodzą trochę szybciej od wołów.
— Przesadzasz i to bardzo, trzy mile jechaliśmy półtory godziny.
— To większa przesada, daję ci słowo, ale co tam, jedźcie państwo ze mną, odwiozę was do Bukowca. Zobaczy pani i poczuje prawdziwą jazdę sankami.
— To znaczy, z wywróceniem — uśmiechnęła się.
— O, nie, a zresztą, to zależy od szczęścia.
— Miałeś pojechać po pannę Jadwigę — wtrącił Andrzej, bo nierad był z propozycji Witowskiego.
— Jasinowski ją odwiezie. Ale uprzedzam, że będziemy jechali szalenie.