— Dlaczego ojciec pyta się w ten sposób? — zawołała przestraszona i chciała go ująć za ręce.
— Nie, nie!.. — zakrzyknął, cofając się gwałtownie. — Widzisz, myślałem, żeś się rozmyśliła, że... że... — mówił wolniej i raptownie podniósł się i wyszedł do swego pokoju.
— Chory! — pomyślała i w chwilę potem zajrzała za nim.
Orłowski stał przed biurkiem z twarzą pochyloną do ściany, nieruchomo i cicho.
Cofnęła się z niepokojem w sercu i napróżno starała sobie wytłumaczyć jego stan, ale uspokoiła się, bo przy wieczornej herbacie, gdy zostali sami — szwaczki już odjechały — Orłowski był w zwykłem usposobieniu, zauważyła tylko jakiś ledwie pochwytny odcień zdumienia, czy przestrachu, jaki miał w oczach, i to, że, odchodząc spać wcześniej niż zwykle, nie pocałował jej.
Przeczuwała, że ma jakieś wielkie zmartwienie, że musiało go coś spotkać na służbie i, chcąc się dowiedzieć, poszła do Zaleskich. Byli oboje w domu, ona grała, a on próbował śpiewać jakąś wielką arję, bo teraz słychać go było na stacji dnie całe wyśpiewującego nieustannie.
Usiadła, milcząc, żeby doczekać się końca śpiewu. Henio wyprężał się po bohatersku i z ręką na sercu, w pozie tenora heroicznego wydzierał wprost głos z siebie i rzucał zabójcze spojrzenia na żonusię, która, jakaś rozpromieniona, z rozrzuconą grzywką, spotniała od wysiłku, zdenerwowana, poddawała mu głosem i dźwiękami tony i wybijała jeszcze od czasu do czasu takt nogą.
— Jakże się pani mój głos podoba, prawda, że jest? — skromnie pytał po skończeniu.
— Zdumiewający! przepraszam, że przeszkadzam, ale przyszłam z prośbą.
Henio się wyprężył, wyciągnął mankietki, musnął wąsiki, skłonił nisko, przysunął krzesło, usiadł z miną bardzo poważną i bardzo wdzięczną i słuchał.