— I słuchałem. Dziwna rzecz, jak te słowa są przesiąknięte łzami, poddaniem się, ufnością bezgraniczną; co w tem poezji!
— Może jeszcze tak samo będziesz wierzył! — szepnęła jakimś srebrnym głosem, zwracając na niego cudne, ale bez blasku, martwe oczy.
— Od zachwytu do wiary znacznie dalsza droga, niż nam się zdaje.
— Sądzę, że nie.
Zaczęli jedną z tych przesubtelnych rozmów, w których nietylko słowa i pojęcia, ale ich najlżejsze odcienie rozcina się i przepatruje. Andrzej zwykle milczał, bo albo nie rozumiał, o czem mówią, albo się nudził, ale dzisiaj opuścił się w krześle i nic nie słyszał zupełnie, a czuł się tak wyczerpanym, rozbolałym, zmiażdżonym, że siedział w uroczystej ciszy duszy, omdlewający z nadmiaru cierpienia.
— My mówimy, a pan Andrzej coś milczy zawzięcie.
— Jeść mi się chce — powiedział szczerze, bo w tej chwili przypomniał sobie, że nie jadł od rana i głód zaczął mu ssać wnętrzności.
— Od trzech dni mało co jadłem — usprawiedliwiał się.
— O, to coś niezwykłego! co ci się stało? konie padły, owce zdychają?
— O, nie, nie!.. — zaprzeczał smutnie, nie odczuwając ironji.