— Cicho! — szepnął doktor, który przyszedł za nią. — Chodźmy stąd.
— Usnął niedawno — powiedział, wprowadzając ją do saloniku.
Grzesikiewicz, który tam był, w milczeniu podszedł i gorąco ucałował jej ręce.
— O, jaki pan jesteś dobry — szepnęła z głęboką wdzięcznością, patrząc na jego twarz zbiedzoną, zmizerowaną, po której teraz latały płomienie radości jakiejś.
— Cicho! przejdziemy chyba do stołowego, tutaj jeszcze za blisko chorego.
— Pani się położyć powinna, już późno, trzecia. Musi pani czuć się bardzo zmęczoną...
— Nie, nie, będę siedziała do rana przy ojcu, może czego będzie potrzebował.
— Pójdziesz pani spać natychmiast! o ojcu ja pamiętam — napisał śpiesznie doktor na kartce, bo już założył respirator.
— A dobrze, czuję się strasznie znużoną i tak głowa mnie boli, boli... — ścisnęła sobie skronie i smutnym, przejętym bólem wzrokiem patrzyła na Andrzeja.
— Dobranoc pani — szepnął, biorąc ją za rękę.