— O, żyje, dziękuję.
— Czy ten pan, co cię w rękę całował, jest... — pytała żywo, zmieniając temat rozmowy.
— O nie, nie! To tylko bardzo dobry znajomy — zaprotestowała energicznie Janka.
Umilkły obie i z zakłopotaniem spoglądały na siebie.
Nie wiedziały, o czem mówić z sobą, były sobie już zupełnie obce i nieznane prawie.
Dojechali do stacji. Wolińscy nie mieli czasu na odwiedziny, bo pociąg zaraz przyszedł, obiecali tylko solennie, że za powrotem wstąpią.
XIII
Do pociągu, którym przyjeżdżał Głogowski, było jeszcze kilka godzin.
Jankę teraz, gdy została sama, opadły przypomnienia niedawnej sceny w kościele i z taką siłą ją żarły, że poszła do fortepianu, starając zagłuszyć się i utonąć w muzyce.
Przybiegła wkrótce Zaleska i siedziała w milczeniu, z podziwem przypatrując się jej bladej twarzy i oczom posępnie świecącym; była także w kościele razem z Osiecką i Zosią, i słyszała, co mówiono o niej. Po kilka razy zaczynała mówić, pragnęła pocieszyć, ale ten posępny spokój, w jaki zapadła Janka, powstrzymywał ją i onieśmielał; siedziała długo i, nie mogąc się doczekać końca gry, wyszła cicho.