— W tej chwili idę! — zawołała, widząc, że był gotów, i poszła zaraz.

— No, no! kasa była zamknięta, on jeździł już na rowerze, a pasażerowie pojechali bez biletów, na szwarc? Wiedziałem, że tak będzie! — mówił, gdy powróciła.

— Przeciwnie. Było kilku pasażerów, widziałam ich odchodzących od kasy z biletami.

— Jutro obejmiemy służbę. Przysięgam Bogu, że oni okpiwają. W nocy słychać było najwyraźniej, że z ekspedycji wyprowadzono rower, tak, Zaleski jeździł. Dzieją się tam hece! — Nie darujemy tego, o, nie! — uderzył znowu pięścią w kolano, bo straszliwie zabolały go stawy. — Raporciki się kropną, aż miło! — uśmiechnął się, chwycił zębami brodę i słuchał czytania w dalszym ciągu, ale już myślą przepatrywał księgi kasowe i dzienniki, znajdował nieporządki, opuszczenia, jakie Zaleski ze Stasiem porobili, i układał surowy raport w myśli.

Janka czytała bezdźwięcznym, znudzonym i podrażnionym głosem; zdenerwowało ją kilkodniowe, nieustanne czuwanie, dziwactwa i kaprysy ojca, które chwilami były zupełnem już warjactwem. Często nie mówił prosto: ja, tylko: my, z jakąś szczególną powagą wypowiadając ten zaimek. Strach ją ogarniał, bo przypomniała sobie dokładnie ten wieczór, w którym sam siebie strofował.

— Skończyła książkę i chciała odejść, czuła się bardzo zmęczoną, senną!

— Nie chodź, chcemy, abyś została! — krzyknął gwałtownie.

Przez te kilka dni jego dawna szorstkość powracała zdwojona. Na Rocha rzucał butami, jeśli zbyt wolno szedł.

Janka usiadła apatycznie.

Janowa właśnie przyniosła rozprażony owies na okłady i, podając go, patrzyła załzawionemi współczuciem oczyma.