Janka nie mogła powiedzieć: nie; ale jeszcze nie mogła powiedzieć: tak!

Lwów, według projektu Głogowskiego, mógł być dopiero za dwa miesiące, ale tam role nie były pewne, trzeba było wywalczać stanowisko, a tutaj odrazu stanowisko pierwszorzędne, możnaby się prędko wybić, repertuar nieograniczony, a nawet błyskała jej możność zemsty na tych ludziach, którzy ją tak niedawno jeszcze lekceważyli. Czuła zawrót głowy, tysiące planów i projektów, tysiące wątpliwości i nadziei krzyżowały się w niej i oszałamiały; ale dusza, ale instynkt rwał ją w ten świat, do tej przyszłości, jaką ukazywał jej Cabiński. Zwolna straciła wszystko z oczu, co protestowało przeciwko angażowaniu się, zaczęła ją przenikać dawna gorączka teatru, palić ją i wstrząsać. Zaczął w jej mózgu wirować cały świat nowy, role wspaniałe, brawa potężne, publiczność, rozkosz grania i panowania nad tłumami poczuła w sercu.

— Więc zgoda? Czuję, że pani nasza, prawda? — szeptał niespokojnie Cabiński.

— Nie, jeszcze nie wiem, muszę się namyślić, ale jeślibym się zgodziła, to z jednym warunkiem... to... — Zawahała się, czy powiedzieć go wyraźnie.

— Rozumiem i zgoda — zawołał Cabiński, domyśliwszy się, że jej idzie o to, aby nie było Władka. — Majkowska wyjedzie, to natychmiast sprowadzam na jego miejsce Topolskiego.

— Dziękuję — powiedziała ciszej — w ciągu tygodnia napiszę stanowczo.

— Czekamy z upragnieniem, uratuje pani teatr na prowincji! — zawołał patetycznie Cabiński.

Pociąg przyszedł, i drzwi otwierano na peron. Z pokoju pierwszej klasy wyszła Majkowska, dawna nieprzyjaciółka Janki i, jakgdyby nic pomiędzy niemi nie zaszło, poznawszy Jankę, z uśmiechem podeszła, wyciągając rękę do powitania.

— Co za spotkanie! Witam panią! Serdecznie się cieszę, że...

Janka schowała swoją rękę, spojrzała na nią druzgocąco, pożegnała się z Cabińskimi i przeszła na peron. Majkowska, niby skamieniała, została na środku sali. Cabiński postawił śpiesznie kołnierz palta, wziął żonę pod rękę i zemknął, obawiając się jakiego skandalu.