Janka uległa prośbom i zagrała. Grała długo; Zaleska chodziła cicho po pokoju, przystawała, stukała nogą w podłogę, gdzie pedał wychodził za słabo, wybijała takt ręką, szeptała — forte! forte! — uderzała rozłożonemi palcami w powietrze, niby w klawisze, siadała gwałtownie na fotelu, ale, nie mogąc wytrzymać, zdenerwowana, trochę rozczarowana i tem uradowana, przerwała jej grę nowym wylewem czułości.

— Ma pani talent, ogromne uczucie, indywidualizuje pani muzykę, brak tylko pani szkoły i techniki, gra pani jest intuicyjną. Boże, muszę iść, bo tam dzieci w kąpieli! Tak, ta jedna fraza pyszna. Uderzyła w klawisze i powtórzyła ją kilka razy — pyszna!

— O, niech mnie pani nie chwali; talentu nie mam, o tem wiem; czuję tylko, co gram.

— Gdyby się pani chciała uczyć, to przytem, co pani posiada, przy swobodzie i środkach, zaszłaby pani daleko.

— Dokąd? — zapytała Janka spokojnie.

— Na estradę, do rozgłosu, do sławy! — odpowiedziała uroczyście.

— Znam tę gorączkę i te marzenia, paliła się we mnie, ale już wygasła.

— Nie pragnie pani wrócić na scenę?

— Nie, wystarczy mi wspominanie teatru na całe, najdłuższe życie.

— Jakto, wyrzekła się pani myśli o sztuce, nie pragnie pani sławy, oklasków, tego boskiego upojenia sztuką, tego zdenerwowania występu, tego szału, tego... — wołała patetycznie Zaleska.