— Chodźmy, tutaj dla nas niema miejsca.
— Ależ, mamo, tutaj zaraz kilka wolnych.
— Nie, nie będziecie siedzieć przecież obok jakiejś cyrkówki!... — szepnęła tak głośno i pogardliwie, że wszystkie oczy zwróciły się na Jankę.
Janka zatrzęsła się z oburzenia i gniewu tak silnego, że było mgnienie niepowstrzymanej chęci rzucenia książką w twarz Łomiszewskiej; oprzytomniała jednak, usiadła ciężko, zapatrzyła się w ołtarz i słuchała melodyjnego głosu księdza i tych szeptów, co za nią i obok niej zaczęły się krzyżować. Panie przyglądały się jej impertynencko.
— To ta, w tym zielonym kapelusiku?
— Tak, twarz jakby z miedzi pobielanej.
— Ale, naprawdę, piękna.
— Brwi ma malowane i usta.
— To ona się truła?
— Gazety o tem pisały.