— Prześliczna! Uwierzy mi pan, że płakałam serdecznie nad tą biedną Zośką, płakałam. Jest w tym obrazku szopenowska melancholja i smutek. Wyobrażałam sobie autora, że musi mieć jasne, bujne włosy, jak pan, że musi być dobry, smutny i cierpiący.

— Na żołądek i nerki — wtrącił cicho. — Spotkał panią pewien zawód, bo nie jestem dobry, a jestem bardzo wesoły i niecierpię melancholji — mówił ironicznie.

Patrzyła na niego szeroko otwartemi oczyma i z głęboką przykrością słuchała objaśnień.

— Panno Janino! — zwróciła się Grzesikiewiczowa do Janki, która usiadła przy niej na chwilę. — Czem jest ten pan? — wskazała Głogowskiego.

— Literat, pisarz — tłumaczyła cicho.

— Pisarz? ze dwora jakiego, czy z kolei?

— Nie, to, widzi pani, taki pisarz, co układa i pisze książki...

— Naprawdę taki, co to książki pisze!... Ale on na pobożnego wcale nie wygląda...

— Do nabożeństwa książek nie pisze — mówiła już zniecierpliwiona jej naiwnością.

— A ino jensze, takie do uczenia, co się to Jędruś w klasach uczył...