— Tysiąc, co najmniej, a może być dwa! — uśmiechnął się lubieżnie do tej sumy.

— No, a później na czem pan myśli zarabiać?

— Na czem się tylko da. Będę kupował od Grzesikiewiczów budulcowe drzewo i będę je dostawiał do Warszawy wielkim zakładom ciesielskim. To początek, a później chcę się wziąć do handlu zbożowego; w tym roku Żydzi pozarabiali na nim ogromne pieniądze, czemu ja nie miałbym także zarobić, co?

— Rzeczywiście, czemu! Dlaczego i pan nie miałby zrobić majątku?

— Będę go miał, zobaczy pani! — wsunął ręce w rękawy i patrzył na nią z jakąś dziką, wilczą czułością.

— Rzuci pan wtedy służbę na kolei.

— Tak.

— Powinien się pan wtedy ożenić, żeby te miljony nie pleśniały w skrzyniach — powiedziała wesoło, podsuwając mu szklankę herbaty.

— Ożenić się powinienem prędzej, ożenię się nawet... — mówił wolno i patrzał jej w oczy bardzo czule i bardzo znacząco.

— Ożeń się pan; ale naprawdę co mnie to wszystko obchodzi? — powiedziała bardzo impertynenckim tonem, bo ją rozgniewały i zdenerwowały te żółte oczy, które ciągle czuła na swojej twarzy, jak jakieś oślizgłe, wstrętne pocałunki.