— Jeśli tak, to dodam jeszcze od siebie życzenia szczęścia.

— Życzy mi pani...

— Ja zawsze i wszystkim życzę, aby byli szczęśliwi — powiedziała wymijająco.

Orłowski uśmiechnął się nieznacznie i poklepał kolano Andrzeja, który rozpromienił się niby słońce i tak świecił radością, że Janka się zlękła, bo pomyślała, że może dzisiaj się zechce oświadczyć. Nie odezwała się i z namarszczoną brwią, chłodna i zimna, siedziała dosyć sztywno, nie spoglądając nawet na niego.

Andrzej wyjął z kieszeni papiery i rozłożył je na stole.

— Jeśli to pani nie znudzi, to pokazałbym pewne plany — prosił.

— Owszem. Stawiać pan co będzie? — zapytała obojętnie.

— Nie, przerabiam ten nasz pałac, bo zacznie się walić niedługo — mówił cicho i oczy jego mówiły, że to dla niej się robi. Przyglądała się z początku obojętnie planom, ale wkońcu poczuła dla niego wdzięczność. Tak się pochylił nad planami, że jej puszyste włosy musnęły mu twarz, rozczerwienił się i dotknął ustami jej ręki, spoczywającej na planach; nie usunęła jej, spojrzała na niego przelotnie z jakąś subtelną ironją i pytała dalej o informacje.

— To ogromny dom; myślałam, że tam znacznie mniej pokojów.

— Tak, dla mnie to puszcza, w której samotny ginę. Jak pani uważa, czy mój pomysł przywrócenia go do dawnej świetności nie jest śmieszny?