Jedna tylko Cabińska z istotną ciekawością wypytywała się jej i oglądała ją.

— Razowiec! — odezwała się do aktora, który ostatni przyszedł. Szepnęła mu coś do ucha.

— Dobrze, zaraz. Pieś, pozwól na chwilę, zaraz cię puszczę.

Pieś ociężale się podniósł i podszedł.

— Mój drogi, powiedz mi tylko jedno słowo: biały, co? — zapytał Razowca, pokazując mu język.

— Czarny! Nie nudziłbyś ludzi swoim ozorem, bo to jest już głupie.

— Mój drogi, kiedy mi nikt prawdy powiedzieć nie chce i lustra są wszędzie fałszywe, ale jeśli mi ty powiesz, uwierzę; prawda, że jest biały i obłożony plamami, bo czuję gorączkę, całą noc nie spałem. No, powiedz.

— Język jest zupełnie normalny, tylko ty jesteś halucynant i skończysz w Tworkach — Odwrócił się od niego i usiadł przy Jance.

— I pani już o teatrze nie myśli? To niemożebne — mówiła Cabińska. — Wie pani, cudowny pomysł przyszedł mi do głowy: angażuj się pani do nas, na amantki.

— Dlaczegóż taki awans gwałtowny? W Warszawie marnej roli subretki nie chcieliście mi dawać. Doprawdy, że spotyka mnie zaszczyt niezasłużony.