— A to od kilku dni jużem chciała panience podziękować za służbę od Nowego Roku... — zaczęła nieśmiało, całując ją w rękę.
— Dlaczego?.. a ja myślałam, że Janową wezmę z sobą do Krosnowy...
— Nie mogę, panienko!.. z panią Zaleską się zmówiłam, bierze mnie z sobą do Warszawy.
— Jeśli Janowej za mała pensja, to mogę płacić więcej.
— Panienko, tu nie o zapłatę chodzi, to marna rzecz jest, a ja panienkę tak kocham, kieby rodzoną swoją panią córkę, ale ckni mi się do mojej Anusi, okrutnie mnie prze zobaczyć ją.
— No, to można to zrobić; ojciec da wam bilet wolny do Warszawy i zpowrotem. Pojedzie Janowa, zobaczy, nacieszy się córką i powróci.
— Hale!.. juści, mogłoby tak być, juści... — szeptała zakłopotana. — Ale juści tak wprost, kiej kulą w płot, nie pójdę prosto do niej... nie można!.. Muszę ino utrafić, i kiej bendzie szła do szkoły, to mogłabym popatrzeć na nią, albo i porozmawiać.
— Dlaczegóż Janowa nie pójdzie wprost do państwa Zielińskich, i nie zażąda widzenia się z córką?..
— Prawda, że tak byłoby dobrze... ale państwoby się gniewało, że przeszkadzam, a i Anusi nie byłby honor, że to przy służbie, i przy inszych państwach przychodzi do ni taka chłopka, że to matka... juści...
Jance żal się zrobiło tej matki, której córka się wstydzi, i która sama nie śmie się upomnieć o swoje prawa, zaślepiona miłością i pragnieniem szczęścia dla dziecka; ale nie powiedziała jej nic, co myśli o córce jej, nie chciała odbierać jej złudzeń, któremi stara żyła jedynie.