Grzesikiewicz przyjechał na obiad i zaraz po nim pojechali do Krosnowy.

— Walek! w konie! — zawołał do stangreta, skoro tylko wjechali w las.

— Nie teraz, dobrze? zpowrotem, wyjedziemy na szosę, tam szerzej... — prosiła.

— Słowo daję, niema i tutaj obawy, pomimo, że droga wąska.

— Nie boję się, tylko chciałam przypatrzyć się lasowi, nie byłam tutaj po śniegach.

Jechali stępa.

— Cudownie! panie Andrzeju, patrz pan! — zawołała z uniesieniem, zakreślając ręką szerokie koło.

Istotnie, było przepięknie. Las stał cichy, jakby senny, pod masą śniegu, wiszącego na gałęziach, i skrzył się cały w blaskach słońca, i okrywał subtelnym obłokiem błękitu. Droga była jakby zasypana puchem, który pod uderzeniami płóz i nóg końskich rozpryskiwał się tumanem. Konie parskały radośnie, a dźwięczny, wesoły głos dzwonków rozlegał się po lesie bez echa; kłęby sinawej pary, słupy, całe fontanny wisiały nad sankami. Taka cisza panowała pod tą białobłękitną kopułą lasu, wśród tych nieskończonych szaro-zielonawych kolumn, w tych głębiach perłowych, zionących chłodem, że każda szyszka spadająca, każda gałązka sucha, która pękała pod naporem śniegu, co wtedy kaskadą pyłów spływał na ziemię, rozlegały się ostrym dysonansem w tej symfonji milczenia. Przez dolinki, przez moczary, zarosłe żółtemi, poschłemi wicinami, wiły się pasy strumieni stalowo-modrych o zimnym blasku, nad któremi ciężkim, skośnym lotem unosiły się wrony.

Jechali w milczeniu, bo Andrzej nie śmiał mówić, tylko patrzał na rozrumienioną twarz Janki, i biegł za jej oczyma, błądzącemi z rozkoszą po nagich, pustych i białych polach, na które wyjechali z lasu, i taka go dziwna a wielka radość przepełniła, że chciało mu się wstać w sankach i krzyczeć ze wszystkich sił, ale nie podniósł się, tylko delikatnie wyjął jej rękę z mufki i ucałował. Nie broniła mu, uśmiechnęła się łagodnie i szepnęła bezwiednie, przyciskając się ramieniem do niego:

— Dobrze tak jechać... dobrze...