— Pietruś! laboga Pietruś!.. — zawołała matka, potrząsając rozpaczliwie starym, bo leżał chwilę, jak kłoda nieruchomy, ale wkrótce otworzył oczy i podniósł się przy jej pomocy, obmacał sobie głowę i boki i rzekł trzeźwo:
— Dobra nasza! niczego w kosteczkach nie brakuje! A to honorna ścierwa, jak Boga tego kocham, kiej szlachcic... — zakończył z jakąś głęboką satysfakcją i podziwem.
— Ty pijanico! piekło zrobiłeś, a jak Jędruś pojedzie sobie, to będziesz miał...
— Głupiaś, stara, a gdzie to pojedzie, hę?..
— A juści, to un, co taki uczony, niby nie poradzi sobie; a zresztą, bo to jego panna nie ma pieniędzy?.. to ty będziesz moją pociechę, mojego jedynaka wyganiać, co?..
— Głupiaś, nie wydziwiaj! Jędruś nie pojedzie, bo mu zaraz jutro u regenta zapiszę wszystko. Wart tego, juści że prawda, ale co honorna jucha, to honorna... — podrapał się po głowie. — A mocny, jak koń; rzucił mnie, kiej snopek. Ho, ho!.. udał mi się parobek, jak Boga tego kocham, udał mi się. Pójdę i przeproszę go, co?.. jak matka zrobić? iść, czy nie?
— Idź!.. przecież, że trza go przeprosić; jabym sama poszła, ino śmiałości nie mam.
Stary poszedł, ale trochę nieśmiało, wstyd mu było własnego uniesienia.
Andrzeja nie było w mieszkaniu, wybiegł od rodziców w najwyższem rozdrażnieniu; kłótnia, do której zresztą nie przywiązywał wagi, bo podobne często bywały, dopełniła miary jego zdenerwowania.
Poleciał naprzełaj polami do Witowskiego.