Świt szary zapalał się nad lasami i rozbielał przestrzenie, a w porannej rosie długie nici szyn, dachy, zwrotnice, budki czerniały twardo. Światła zdawały się dogasać słabym pyłem i jakby tylko rodzajem aureoli rozświecały przedświt. Przeszła peron i ze ściśniętem, pełnem żalu sercem patrzyła na wszystko: na las, co stał ciemną, milczącą masą, jeszcze senną, na stację jakby obumarłą, na drogi i dróżki biegnące wśród lasu, o stwardniałej, wiśnej niby rzemień ziemi — wszędzie znajdowała jakieś echo dawnego życia, wszędzie jakiś cień, jakieś widmo wstawało, budziło się i szło za nią i szeptało do jej duszy przejmującymi głosami wspomnień...
Dopiero dzisiaj poczuła swoją głęboką zależność od tej miejscowości.
— Za długo tu byłam — myślała, zatrzymując się na skraju lasu i patrząc w jego mroczne, wionące surowością głębie. Z miłością jakąś obejmowała wzrokiem olbrzymy nagie jeszcze, czarne, stojące w ponurem odrętwieniu, słuchała z radością jakichś krzyków rozlegających się po lesie i znowu szła na peron i wszędzie odnajdywała jakąś cząstkę siebie, umarłą i zapomnianą, która teraz zmartwychwstawała.
Oparła się o ogrodzenie ogródka i patrzyła na klomby, przysypane zeszłorocznemi liśćmi, z pomiędzy których sterczały suche, umarłe badyle kwiatów.
— E... panienka, a juści... Niech będzie pochwalony!
Odwróciła się żywo, bo Roch z czapką w ręku schylał się jej do kolan.
— Jakże się macie, Rochu!
— Niezgorzy, chwała Panu Bogu, niezgorzy juścić.
— Cóż u was słychać? jakże sobie radę dajecie sam?
— Sam? e... panienko, nie sam, bo żonę mam, jak się patrzy.