Weszli do celi ojca. Orłowski w długim szlafroku, na który naciągnął mundur dawny, siedział przy stole, zarzuconym papierami i pisał.

Gdy weszli, podniósł na nich swoją straszną twarz i czerwone oczodoły.

— Zaczekać! kasę zaraz otworzą!

Ciągle pisał raporty i załatwiał czynności służbowe, a czasami chodząc, dyktował Mieciowi. Dostarczano mu całe góry papieru, które, pomimo ślepoty, zapisywał.

— Panie Mieciu, czas kasę otworzyć! — zawołał, podnosząc się. Przeciągnął się, zdjął z głowy czerwoną czapką, włożył zwyczajną z czerwonemi wypustkami, stanął przy długim stoliku, stojącym poprzecznie do drzwi, nachylił się nad nim takim ruchem, jakby dawnem okienkiem kasy wyglądał, zatarł ręce i czekał.

Janka pocałowała go w rękę, nie mogąc słowa powiedzieć, bo dusiły ją łzy.

Nachylił się wbok, szeptał coś pocichu i dopiero powiedział:

— Janka! jak się masz? jak się masz Jędruś? — wyciągnął do niego rękę i uścisnął.

— Jakże się ojciec czuje?

— Ślicznie! kropnąłem na Miecia taki raporcik, że pięć rubli zapłaci, jak amen w pacierzu. Przysięgam Bogu, że musiałem; sam służysz, to rozumieć powinieneś, że zwierzchnik jest stróżem i wykonawcą przepisów i poleceń — mówił, jakby do Miecia.