— Te habany zeżrą tyle owsa, co połowa fornalskich, nic nie robią, jak Boga tego kocham! — skarżył się żonie pocichu, bo Andrzejowi nie śmiał.
— Kunie, juści że żadna pociecha, a wydatki tylko; ale żeby to kunie ino, a toć ten zapowietrzony kucharz tyla masła, jajków i śmietany bez tydzień bierze, co dawniej i bez miesiąc nie wyszło, a jeszcze się za gotowy grosz sprzedało.
— Gryzą Krosnowę, aż trzeszczy! — dodawała Józia od siebie; — ale to początek, zobaczy ojciec, jak to później będzie.
— Głupiaś! nie wtykaj swoje trzy grosze! — przerwał jej brutalnie, bo go złość szarpnęła.
— Ale pani synowa jest niby lala malowana!
— Józia, ty mi na nią nic nie mów, słyszysz, bo jak Boga tego kocham! — uderzył pięścią w stół, złapał czapkę i wyniósł się w podwórze.
— Lala malowana, wielka pani! szlachcianka! Tfu! na psa taki pański moderunek na habecie! — mruczał zirytowany, bo gryzły go i te wydatki, i to, że synowa trzymała go w oddaleniu, że nie śmiał ani kląć przy niej, ani pić, i musiał na obiady i kolacje przychodzić do pałacu umytym i przebranym, bo mu to Andrzej wprost nakazał.
— Takim eligantem zostanę jeszcze, że co miesiąc nowe obleczenie będę sobie kupował, fryzjera sprowadzę, frak kupie, jak Boga tego kocham! i celender!.. — gadał nieraz Andrzejowi.
— Przecież ojca na to stać.
— Stać! przecie że stać i na więcej, bo cóż to przy nas taki pan Łomiszewski, co to ino czwórkami wali? karbowym mógłbym go zrobić na folwarku; albo pan Zieliński! wielkie mi państwo, jak Boga tego kocham! z bebechamibym ich kupił, i jeszczeby się co zostało, prawda, synku?