Ludzie zaczęli już schodzić z pól, i co chwila ktoś przyklękał na drodze, kładł kosę czy grabie, składał ręce i modlił się lub łączył głos z drugimi.
Wozy ze zbożem, jakie szły, przystawały, i chłopi przyklękali w piasku.
Bydło, spędzane z pastwisk, szło całą drogą w złotej kurzawie pyłów, a za niem piszczałki pastuchów, klekotki zawieszone u karków krów, beczenie owiec, porykiwanie i pieśni, co się skądciś zrywały, głosy nawoływań, skrzyp kół — wszystko to łączyło się z tą pieśnią i rozlewało w cichem powietrzu pól, po ścierniskach, po ugorach, po podorówkach, i płynęło ku lasom — hen ku słońcu, co się za nie zsuwało. Wołało głębokim głosem ufności:
Odwracaj nocne przygody,
Od wszelkiej broń nas szkody.
Janka stała zboku i słuchała, i dopiero gdy śpiew umilkł, gdy dzieci kolejno całowały Jadwigę w ręce, a ona każdą głowę głaskała jakimś ruchem miłości matczynej i całowała na pożegnanie, podeszła się przywitać.
— Pani Janina! Ależ zrobiła mi pani ogromnie dobrą niespodziankę.
— Szczęśliwiem trafiła, bo na jakąś uroczystość.
— To dzieci z naszej ochrony śpiewały, odprowadziłam je, bo taki cudny czas.
— Ja dotychczas nie mogę jeszcze pozbyć się zdumienia, patrząc na to.