— Poproś pana. Jak ty chodzisz, co?
— A kiej proszę jaśnie pani, starszy dziedzic zlał me kijem i kazał zdjąć luberję.
— Poproś pana! Dobrze — mówiła do siebie — rozmówimy się teraz. — Ach, to jest małżeństwo! — Zaczęła nerwowo szarpać koronki szlafroczka. — Dobrze, to ja muszę znosić od tych chamów, ja! — myślała coraz wolniej i szalony gniew wzbierał w niej, niby burza.
Andrzej wszedł i usiadł w milczeniu.
— Prosiłam cię, bo mam pilny interes.
— Przypuszczałem, dla czego innego nie zapragnęłabyś widzieć się ze mną!
Mówił twardo, gniewem płonęły mu oczy i jakąś nienawistną zaciętością.
Oprzytomniała, dotknięta akcentem jego głosu.
— Słucham! bo jest już tak późno... — spojrzał na zegarek.
— Jeśli ci pilno iść spać, to nie zatrzymuję! — zawołała porywczo.