— Idzie pan do nas? — mówiła, kiedy już szli.
— Nigdzie nie idę, idę z panią. — Odsunął się nieco i patrzył długo na nią.
Była dzisiaj przepiękna na tle pól zabłękitnionych i zórz purpurowych.
W oczach miała roztęsknienie, zadumę i jakąś tajemniczość, jak te pola, co pod lasami okrywały się już mrokiem.
— Wygląda pani niby Gioconda Lionarda.
— To jest?
— Dziwnie pięknie, za pięknie — dodał ciszej.
— I nic więcej... — szepnęła ironicznie. — To stary repertuar...
— Znudził panią! a dobrze, popiszę się nowym natychmiast.
— Ciekawam.