— Ciekawe wrażenie wyniósłby ten, ktoby nas widział i słyszał teraz — powiedziała, usiłując panować nad sobą.
— Zrozumiałby, że ma przed sobą dwie dusze, które się szukają i które się boją własnych przepaści.
— A pan coby powiedział? — Serce zabiło jej mocno.
— Żeśmy szukali bezwiednie dróg do dusz własnych.
— Dobranoc panu, dojdę już sama.
— I żeśmy zajrzeli do ciemni — mówił, nie słysząc jej pożegnania.
— Mając takie cuda przed sobą! — Wskazała wiszące nad lasami słońce, co się krwawiło w szybach stawów i pływało w mgłach sinych.
— H2O — zabarwione metalicznie, chce pani, to określę formułami resztę.
Spojrzała na niego i jakieś dziwne uczucie obawy ścisnęło jej duszę, jakby istotnie zajrzała w przepaść niezgłębioną.
Szli w milczeniu, spoglądali na siebie chwilami zimno i badawczo, a dusze się im trzęsły w jakiemś nieopowiedzianem uczuciu miłości i zgryzoty, w uczuciu pożądania i strachu przed tem pożądaniem, a pomiędzy nimi snuły się błyski źrenic rozpalonych i te niezliczone prądy, biegnące z duszy do duszy.