— Ma mama Józi dzieci.
— A jak mi się chce twoich, mój parobku kochany, co? twoich mój Jędrusiu.
Uwiesiła mu się u ramienia i głaskała go po twarzy i włosach, rada z własnej śmiałości i okazji wypowiedzenia najgłębszych swoich pragnień, na których urzeczywistnienie czekała z coraz większą niecierpliwością.
— A może dochtór je potrzebny, abo co? — szeptała dalej.
— Nie mówmy o tem. — Ucałował matkę i poszedł do pałacu.
I on tego pragnął niemniej od matki, bo czuł, że dziecko związałoby ją silniej z nimi, rozmyślał o tem, gdy usłyszał jej głos.
— Poproszę cię o wielką łaskę.
— Wiesz przecie, że dla ciebie zrobię wszystko.
— Daj mi sześćset rubli w ratach miesięcznych.
— Dobrze. Kupujesz co?