Stasio popatrzył na niego z dobrotliwem politowaniem i znowu zmienił przedmiot rozmowy.
— Przyszedł dzisiaj w nocy bagaż dla pana z Warszawy.
— Przyszedł — zawołał radośnie Świerkoski, podnosząc się. — Nie uważałeś pan, czy aby w rogożach?
— Tak, doskonale zapakowany. Kupiłeś pan co?
— I... nie... nie... skądbym wziął pieniędzy, dostałem od familji; — mówił śpiesznie, rzucając niespokojnie oczyma — jakiś stary grat, którego przewóz kosztuje mnie tyle, że jestem zły, iż go wziąłem.
Aparat zaczął stukać, Stasio znowu czytał z pasków, potem wstał, wyszedł na peron, uderzył w dzwonek stacyjny i cofnął się natychmiast.
— Sygnały od Kielc, pociąg wyszedł — rzucił robotnikowi, który się zjawił na dzwonek.
— Chodź pan na wódkę! — szepnął miękko jakoś Świerkoski.
— Po pociągu to i owszem, chociaż, coprawda, wódka mi szkodzi.
— Co tam, mama przyśle lekarstwo! — Zaśmiał się i poklepał go przyjacielsko po żołądku, bo, pomimo ustawicznych drwin, żyli w zgodzie ze Stasiem.