— Cóż w tem ważnego? — szepnęła, podnosząc na matkę dwukolorowe oczy, bo miała jedno błękitne, a drugie żółtawe.

— Przecież to od panny Janiny — powiedziała z naciskiem, jeszcze raz przypatrując się listowi.

— Słyszę, nie potrzebuje mi mama powtarzać.

— Jędruś teraz to już się z pewnością ożeni.

— Jędruś jest... — nie dokończyła, zniżyła głos do szeptu. — Jędruś, żeby chciał, to mógłby się ożenić nie z taką, jak Orłowska. Młody jest przecie, wykształcony, bogaty.

— A juści! juści, że młody, że bogaty, że uczony, tyle lat był w klasach, juści, ale...

— Mogłaby mama tego „juści” nie mówić; to dawniej uchodziło jeszcze, ale dzisiaj...

— O, moja Józiu, co ci to szkodzi?

— Szkodzi, bo ludzie się z mamy śmieją.

— Tylko głupie się śmieją, mądre nie, bo wiedzą, że prosta, nieuczona kobieta jestem i przecież na starość uczyła się nie będę pięknego mówienia. A ty zawsze mnie musisz ugryźć: a matka tak niech nie mówi, a tak nie chodzi, a z matki ludzie się śmieją. Adyć, moja Józiu, choćbym gadała i ubierała się po pańsku, ludzieby i tak wiedzieli, że nie żadna pani jestem. Ty to se żyjesz, jak grafina jaka, a i tak wiedzą, żeś moja córka, i że twój ojciec był karbowym. Jest czem się dąć. Jezus Marja! — szeptała prędko i z pewną goryczą.