— Wynoś się, idjoto! Wytrzyj konia i okryj go na noc derką.
Bartek zniknął w mroku, ciągnął za tręzlę konia, drapał się po skłopotanej głowie i mruczał:
— Jezus! to te zapowietrzone gapy, za to, com na nie śmignął kamieniem. Jeszcze do lasu myślałem: biały, biały, w lesie, abo modry, abo biały... Lo Boga, to nic inszego, ino te gapy dur rzuciły na mnie.
Andrzej wydał ostatnie polecenie i razem z matką powracał do domu. Stara spoglądała na niego tajemniczo i cicho powiedziała:
— Jest list od panny Orłowskiej.
— A mówił mi ten idjota, Bartek. — Zaczął iść prędko, niecierpliwość go porywała.
— Jędruś, bo nie zdążę, już mi tchu brak.
Zwolnił kroku, ujął matkę pod ramię i prowadził troskliwie.
— Józia dopiero co odjechała — zaczęła stara, nie wiedząc, w jaki sposób opowiedzieć mu to, co słyszała od córki. Spoglądała na niego co chwila, i nieśmiałość, a zarazem jakaś matczyna miłość zamykała jej usta.
— Nie jedzie do Warszawy, nie wspominała mamie?