— Znam tylko jedną, zupełnie piękną kobietę w Polsce, moją kuzynkę, Jadzię Witowską: ale ta mnie niecierpi i nazywa dzikim człowiekiem; to nie ona, prawda?

— Ona. Spotkałam się z nią, jadąc do domu.

— Doprawdy, nigdybym nie przypuszczał, że pamięta o mnie?

— To, naturalnie, powiedziała mi w braku czegoś innego, więc niech się pan zbytnio nie cieszy. Trzeba było o czemś powiedzieć słów kilka, a że nie mamy nic wspólnego...

— Dziękuję, dziękuję, otrzeźwiła mnie pani, chociaż mogę upewnić panią, że jeszcze nie pływałem w słodkim obłoku marzeń o niej, nie. — Śmiał się Zygmunt, trochę z przymusem: nieszczerość dźwięczała mu w głosie.

— Fifi! — wskazała szorstkim ruchem Zygmunta i talerze.

Fifi, utykając i kołysząc się, podsuwała mu kolację. Dla Zygmunta był befsztyk, konjak i piwo, a oni zadowolili się herbatą, wędlinami i resztką pieczeni z obiadu.

— Buraki?...

— Skończone. Jutro zaczniemy odstawiać do cukrowni — odpowiedział cicho mąż.

— Zredukuj płacę kopaczom o dziesięć groszy dziennie.