— Nie, ale... — zakaszlał, aby zagłuszyć to „ale”, bo chciał powiedzieć, że jeździł do Warszawy co tydzień, aby ją chociaż zdaleka zobaczyć.
— Zazdroszczę mężczyznom swobody; możecie panowie robić, co wam się podoba, nie potrzebując z niczego i przed nikim składać rachunku.
— Tak, ale za często nadużywają tej swobody.
— Czy to we wszystkich wypadkach miałoby być złem?
— Z pewnością, bo każde nadużycie, każdy wybryk, każdy niepotrzebny czyn mści się później najsrożej na nas samych.
Głęboko poczuła te słowa, zdawało się jej, że umyślnie powiedział do niej, i już oczy rozgorzały, już miała okazać chwilowe uczucie gniewu, ale się powstrzymała. Siedziała w milczeniu kłopotliwem.
Andrzej miał tyle do powiedzenia, tyle uczuć przepełniło mu serce, tyle myśli tłoczyło się pod czaszką, a nie śmiał nic mówić, siedział skrępowany nieśmiałością własną i jej pozornym chłodem wzroku.
— Żyją jeszcze bułanki? — zapytała znowu, aby tylko mówić.
— Żyją i to one rozbiegały się dzisiaj.
I znowu milczenie przykre i denerwujące.