Na skutek nie czekała długo. Zjawił się Orłowski, któremu był ktoś koniecznie potrzebny do zarządu domem, bo Janka była w gimnazyum jeszcze, a on nie mógł sobie dać rady ze sługami. Nie pytał się jej o nic, tak mu się przedstawiła cichą, potulną, bolejącą po stracie męża, tylko ją zabrał zaraz ze sobą.

Orłowski był wdowcem, miał niezłą pensyę, gotowizny kilkanaście tysięcy, no i jedyną córkę — nieobecną, córkę, której niecierpiał. Chciała na razie bałamucić urzędników stacyjnych, ale się prędko połapała w sytuacji, i już grała nową rolę ciągle, chcąc koniecznie dojść do ostatniego aktu — małżeństwa.

Orłowski przyzwyczaił się do niej. Umiała się zrobić niezbędną i umiała zawsze pokazywać tę swoją niezbędność tak zręcznie, że nie raziła.

Zresztą, te długie wieczory zimowe, szarugi jesienne, zbliżały ją więcej do celu, bo Orłowski miał lat pięćdziesiąt ośm i reumatyzm, był zawsze maniakiem, ale podczas napadów choroby robił się wprost waryatem. Ona umiała go ułagodzić i prowadzić swoim sprytem, wyostrzonym kilkunastoletnią praktyką sceniczną.

Była tylko jedna przeszkoda — Janka.

Kręska zrozumiała, że dopóki Janka będzie w domu, nie można nic zrobić. Postanowiła sobie, że zaczeka — i czekała cierpliwie.

Orłowski kochał córkę nienawiścią, to jest dlatego ją kochał, że nienawidził.

Nienawidził jej, bo była córką jego żony, której pamięć przeklinał gwałtownie, — żony, która po dwóch latach wspólnego pożycia, wyjechała z dzieckiem do rodziny, bo nie mogła dłużej znieść jego tyranii i dziwactw. Procesował się, chciał ją siłą zmusić do powrotu, ale separacya rozdzieliła ich na zawsze. Szalał ze złości, ale jego zaciętość, upór niesłychany, duma waryacka, nie pozwoliła mu prosić żony o powrót, któraby może i wróciła pod dach mężowski, bo to była dobra kobieta. Chorowała tylko ciągle na choroby, nieznane lekarzom prowincyonalnym. Była to dusza mimozy, którą każda łza, każdy ból, czy przykrość, pogrążała w rozpaczy; do tego bała się grzmotów, deszczów, żab, ciemnych pokojów, dni feralnych i wszelkich głośniejszych dźwięków — więc ten mąż zabijał ją swoją brutalnością.

W kilka lat po rozłączeniu umarła z wyczerpania nerwowego, pozostawiając Jankę już wtedy dziesięcioletnią. Odebrał ją siłą zaraz od rodziny żony, albowiem nie chciano mu jej oddać dobrowolnie, ze względu na jego charakter i dziewczynę, wychowaną w innej atmosferze.

Nienawidził ją jeszcze i za to, że była dziewczyną. On, przy swojej dzikiej gwałtowności, chciał mieć syna, na którymby mógł próbować nietylko pięści swojej, ale i codziennego humoru.