Grała to opowiadanie z mistrzowstwem takiem, że Janka wierzyła wszystkiemu i głęboko odczuwała jej nieszczęście.

— Jakże serdecznie żałuję pani!... co za okropny los!... — wyrzekła.

— To już przeszło!... — odpowiedziała Cabińska, osuwając się w fotelik, z bezwładnością cichej rozpaczy.

Ona sama wierzyła już w te historye, opowiadane z rozmaitymi waryantami setki razy wszystkim, którzy tylko słuchać chcieli. Czasami, na dokończenie, poruszona dźwiękiem własnego głosu i tą niedolą urojoną, wybuchała płaczem głośnym i przez chwil kilka cierpiała prawdziwie.

Tak wiele grywała nieszczęśliwych, zdradzonych kobiet że już zatraciła pamięć granic własnej osobowości; stapiała się coraz bardziej z temi granemi postaciami własnem uczuciem i stąd opowiadanie jej nie było prostem kłamstwem.

Po długiem milczeniu, Cabińska zapytała spokojnie:

— Pani mieszka podobno u Sowińskiej?

— Jeszcze nie. Wynajęłam już, ale muszą mi pokój trochę odświeżyć, bo taki brudny, że nie podobna mi było się sprowadzić, a tymczasem mieszkam w hotelu.

— Kaczkowska i Halt mówili mi, że pani grasz dobrze na fortepianie.

— Tak, trochę po domowemu...