— Moryś! jak ci powiem kawał, jaki zrobiłem Cabińskiemu, to aż podskoczysz na równe nogi! — zawołał Wawrzecki, wbiegając do garderoby.
— Idź do dyabła! — mruknął reżyser i takie kopnięcie wymierzył nogą, że byłby go przetrącił, gdyby się Wawrzecki w porę nie usunął; wpadał we wściekłość, kiedy mu przerywano to sam na sam.
— Masz specyalny talent w kierunku fikania... mógłbyś iść śmiało do cyrku i na trapez!...
— Czego chcesz?... mów prędko i idź do piekła!
— Cabiński dał mi dziesięć rubli... A co! nie mówiłem, że się zerwiesz?...
— Cabiński dał ci dziesięć rubli akonta?... blaga na brzydki sposób! — rzekł Topolski i położył się znowu.
— Słowo. Powiedziałem mu tylko pod sekretem, że Ciepiszewski znowu się zjawił, że sprzedał ostatni folwark w łomżyńskiem i angażuje nowe towarzystwo, że nawet już z tobą traktował.
— Jesteś małpa zielona. Żeby mi Ciepiszewski dawał tysiąc rubli gaży miesięcznej, to i tak nie byłbym u niego. Wolałbym już założyć sam towarzystwo...
— Moryś, czemu ty na prawdę nie założysz towarzystwa.
— Myślę o tem dawno. Żebyś nie był taki głupi, i rozumiał trochę sztukę, tobym ci opowiedział plan, bo pieniądze mieć będę każdej chwili. Ty wiesz, że ja mam do ciebie słabość, ale mnie nie zrozumiesz, bo jesteś bezbrzeżnie głupi i papla!