— Ale ona się nie struje.

— Ba! szafiry kosztowały sto dwadzieścia rubli, za tyle pieniędzy może słuchać choćby cały tydzień.

— Dziękuję, dziękuję z całego serca. Zawstydzacie mnie państwo, bo nie wiem doprawdy, czem mogłam zasłużyć sobie na tyle życzliwości, na tyle pamięci — mówiła Cabińska wzruszonym głosem, bo istotnie szafiry były bardzo ładne.

Dyrektor uśmiechał się, zacierał ręce i zapraszał wszystkich do siebie po spektaklu, serdeczniej, bo nie przypuszczał, że dadzą Pepie taki piękny prezent.

Dyrektorowa była tak rozradowana, że ze szczególnem wyróżnieniem ucałowała Jankę, która, wiedziona sympatyą, przyniosła jej prześliczny bukiet róż, tłómacząc się, że do składki nie należała, bo jeszcze przed jej zaangażowaniem się zbieraną była.

Cabińska nie puściła jej od siebie i zabrała ze sobą na obiad.

— Ależ to bardzo dobrzy ludzie i kochają panią — powiedziała Janka przy stole.

— Raz na rok, to ich nie zrujnuje — odpowiedziała wesoło Cabińska.

Wyszła z domu do cukierni, żeby nie przeszkadzać przygotowaniom, jakie robiono w domu do wieczornego przyjęcia.

Odsiedziała tam swoje, opowiadając Jance historyę takich dni imieninowych z rozrzewnieniem, które jednak nie mogło przytłumić pewnej goryczy i niepokoju, że redaktor nie dał znaku życia, nie przysłał nawet biletu.