Cabińska zaledwie zdążyła się przebrać w paradną suknię liliową, przy której jej cera przywiędła i zniszczona kosmetykami, nabrała młodzieńczego tonu i świeżości, a już towarzystwo zalewało pokoje.

Panie przechodziły do pokoju Cabińskiej, trzeciego, sąsiadującego z buduarkiem, a mężczyźni zostawiali okrycia w kuchni, przedzielonej ścianą francuską, malowaną w stylu Ludwika XV i przyniesioną ze sceny.

Wicek, w liberyi teatralnej, w butach z żółtemi, tekturowemi sztylpami, w granatowym spencerku, obszytym czerwonym sznurkiem i ozdobionym masą złotych guziczków, trochę za wielkim, pomagał się rozbierać aktorom sztywno i poważnie, niby prawdziwy groom z angielskiej komedyi; ale, że jego łobuzerski temperament nie mógł długo wytrzymać w jednym nastroju, więc chwilami mrugał do aktorów i wykrzywiał się pociesznie.

— To ze mnie małpę imieninową zrobił dyrektor, co?... rodzona matka-by mnie nie poznała! Pewnie za te śliczności kolacyi nie dostanę, albo rozgrzeszenia! — szeptał ze śmiechem.

— Gotowe!... zaczynać!... — zawołał Władek do reżysera, klasnąwszy w dłonie.

— Za piękna scena do takiej nędznej farsy! — dopowiedział Glas, wchodząc za nimi.

— Pan wolałbyś knajpę na Zapiecku, bo tam brudno — rzucił Władek.

— Każde bydlę przekłada najsłuszniej oborę nad salon — odezwał się zimno Stanisławski, zdejmując poprzecierane mocno, nieśmiertelne, jak je nazywano, rękawiczki.

— Nasz znany, ceniony i zasłużony ma dzisiaj stajenny humorek.

— Nie!... tylko umie do każdego przemawiać językiem odpowiednim — wyręczył Stanisławskiego Władek, który z Glasem był zawsze na stopie wojennej.