Stara tak uczyniła. Zaczęły się z niej śmiać, więc go znowu podniosła i trzymała w ręku.

Stara Niedzielska, matka Władka i właścicielka domu na Piwnej ulicy, zawsze bardzo honorowana przez Cabińskich, siedziała pod klombem z Kaczkowską i wodziła ustawicznie oczyma za synem.

Mężczyźni w pokoju jadalnym szturmowali bufet tymczasem; humory się podnosiły razem z gwarem, przecinanym śmiechami, albo dobitnym dowcipem Glasa.

— Skąd ty masz ciągły humor?... — zapytał go Razowiec, aktor najchmurniejszy z towarzystwa, ale grywający wesołych szlagonów i pociesznych wujaszków.

— To jest głośna tajemnica: nie martwię się i mam dobry żołądek.

— Masz to, czego mnie właśnie brak... Wiesz, używałem tego środka, coś mi zalecił i nic... już mi nic nie pomoże. Czuję, że nie przeżyję tej zimy z pewnością, bo jak mnie nie boli żołądek, to bok, to serce, to włazi mi ten straszny ból w kark lub łamie mi po prostu krzyż, jakby drągiem żelaznym.

— Imaginacya! Pij-no do mnie koniak... Nie myśl o chorobie, a będziesz zdrów.

— Wy się śmiejecie!... a ja ci szczerze mówię, że po całych nocach spać już nie mogę, bo czuję, jak ta choroba rozrasta się we mnie, jakbym widział coś, co się wciska do każdej żyły, do każdej kości mojej i ssie mnie tak okropnie... tak okropnie!... Coraz słabszy już jestem; wczoraj ledwie mogłem skończyć rolę, tak mi brakło tchu...

— Imaginacya, mówię ci! Pij-no do mnie koniak!

— Imaginacya! imaginacya! ale ta imaginacya mnie boli, zabija codziennie, ta imaginacya jest cierpieniem i skończy się śmiercią... słyszysz, śmiercią!