Po całym salonie potworzyły się grupy rozmawiających.

Cabiński biegał bezustannie, zapraszał do picia, sam nalewał, całował się z wszystkimi.

Pepa siedziała w salonie z redaktorem i z Kotlickim, jednym ze stałych protektorów ogródka. Rozmawiała o czemś żywo i wesoło, bo redaktor wybuchał co chwila dyskretnym śmiechem, a Kotlicki swoją długą, gniadą, prawdziwie końską twarz krzywił w uśmiechu i obciągał poły długiego surduta. Wiedziano tylko o nim, że jest bogatym i znudzonym.

Kotlicki słuchał dosyć cierpliwie, wreszcie zapytał jakimś drewnianym, bez dźwięku głosem, nachylając się do Cabińskiej:

— Kiedyż kulminacyjny akt sztuki dzisiejszej, kolacya?

— Zaraz... czekamy tylko na właścicielkę domu.

— Pewnie za kwartał komorne nie zapłacone, kiedy macie dla niej tyle względów — szepnął drwiąco i swobodnie.

— Pan zawsze i wszędzie widzi tylko najgorsze rzeczy! — powiedziała, uderzając go jakimś kwiatem.

— Dzisiaj widzę tylko, że dyrektorowa jesteś zachwycającą, że Majkowska ma minę lwicy, że ta, co z nią chodzi... ale któż to taki?...

— Świeżo angażowana chórzystka.