— Glas, idź spać, bo jesteś pijany! — powiedział mu ostro Topolski.
— Ja jestem pijany?... psia twarz, proszę o głos... ja jestem pijany?!... — mruczał rozczerwieniony Glas.
Podnosiły się głosy coraz namiętniejsze przeciwko teatrowi warszawskiemu. Zapanował gwar nieopisany. Ale czuć było we wszystkich głosach protestu, drwin, wyrzekań się, w spojrzeniach, rozpłomienionych winem i wódką, w twarzach nagle poruszonych, że ten teatr, nienawidzony tylko pozornie, tkwi głęboko w każdej czaszce i w każdem sercu tli się ciągle pragnienie dostania się do niego, że panuje nad ich duszami, niby majak ziemi obiecanej.
Pito coraz bardziej i przesiadano się, gdzie komu było wygodniej.
Władek usadowił się pomiędzy Majkowską a właścicielką domu i z tą ostatnią puścił się we flirt.
Mimi, podochocona i rozbawiona, podeszła do Kaczkowskiej, z którą już przez stół zamieniała spojrzenia i pojedyncze, bardzo życzliwe słowa. Siedziały teraz obok siebie, trzymając się w pół i całując się co chwila z serdecznością przyjaciółek.
Janka, która tylko krótkiemi zdaniami odpowiadała Kotlickiemu, bo z największą uwagą patrzyła i słuchała rozmów, zobaczywszy Mimi w takiej serdecznej komitywie z Kaczkowską, spojrzała zdumionym i pytającym wzrokiem na Kotlickiego.
— Dziwi panią, że się całują?... — powiedział.
— Onegdaj tak strasznie się pogniewały, że myślałam, że pomiędzy niemi niemożebną jest zgoda...
— E... to była sobie tylko taka komedya, zagrana nieźle w chwilowem usposobieniu...