Janka skinęła głową potwierdzająco i słuchała.
— Niech pani sobie uprzytomni pola zielone, na wiosnę, złotawe latem, szaro-rdzawe, omotane posępnością — jesienią; białe, twarde, dzikie pustką — zimą; niech teraz pani patrzy, jakim jest chłop od urodzenia aż do śmierci. Mówimy o przeciętnych, normalnych chłopach. Chłopak, to będzie dziki, rozkiełznany źrebiec, to będzie siła przyrody wiosennej. Chłop w rozwoju — to lato, to mocarz fizyczny, twardy jak ziemia, spieczona słońcem lipcowem, szary jak jego ugory i pastwiska, powolny jak dojrzewanie zbóż... Jesieni zupełnie odpowiada starość chłopska, ta rozpaczliwa, brzydka starość, co ma oczy wyblakłe, cerę ziemistą, jak podorówki, brak jej sił, w łachmanach, jak ziemia, z której już wydarto większość płodów, że tylko gdzieniegdzie żółcą się poschłe łodygi pól kartoflanych; wylega się pod przyźbami, nie myśli, nie czeka, nie raduje się... on już zwolna powraca do ziemi, co sama głuchnie po zbiorach i w bladem słońcu jesieni stoi cicha, zadumana i senna... Później przychodzi zima; chłop się kładzie w białej trumnie, nowych butach i czystej koszuli do tej ziemi, która się pewnego poranku tak samo wyświąteczniła śniegiem i zasnęła, a której życiem on żył, którą bezwiednie i dziko kochał i razem z nią umiera, tak samo zimny i twardy, jak te zagony ścięte mrozem, co go żywiły. Pani! to nie jest człowiek taki jak my, on się nie oderwał od ziemii ma jej wszystkie cechy nieprzekształcone i ziemia go urobiła na swoją modłę...
Zamyślił się na chwilę, a potem mówił w dalszym ciągu:
— A pani nie chciałabyś być histeryczką i zostać w teatrze i grać i być aktorką... to niemożliwe! To życie wśród mar, to codzienne odtwarzanie coraz innych ludzi, uczuć i myśli na tej ruchomej powierzchni wrażeń, wśród sztucznych podniet, otoczeń, zachwytów, bólów, uniesień i miłości, zbrodni i poświęceń — to musi przekształcić każdego człowieka, zburzyć jego dawną osobowość, przekuć, a raczej tak rozmiękczyć duszę, że na niej wszystko się odciśnie. Musisz pani być kameleonem: na scenie — dla sztuki, w życiu potem — z konieczności, bo inną być nie potrafisz... Artyzm, to ta szalona ruchliwość wrażliwości mózgowej i czuciowej, co wszystko wchłania i rozlewa się na wszystko, i dąży przedewszystkiem do tego, żeby swoje ja zatracić. Gdzież tutaj miejsce — bo mówię o aktorach — na indywidualizm życiowy, na świadomość ogólniejszą i jakąbądź równowagę, gdy się pomieszają wszystkie stany scenicznych nastrojów z własnymi tak ściśle, że się nie wie, gdzie się zaczyna moje własne ja, a gdzie komedyowe, artystyczne, to jest: wyobrażeniowe?... Ludzie ci też żyją resztkami rozprzężonej jaźni, są jakby własnymi cieniami...
— Czyli, mówiąc po prostu, trzeba zwyrodnieć, aby módz zostać artystą — dopowiedziała Janka.
— Tak, bez entuzyazmu niema sztuki; bez pewnego zapamiętania się niema artysty!... Ale po co ja to mówię pani?... Temu, kto się wybiera w daleką drogę, nie powinno się naprzód pokazywać wszystkich niebezpieczeństw, bo przez to może nie dojść...
— Ja sądzę, że świadomość tych niebezpieczeństw dodaje siły.
— Nigdy. Osłabia... tak, rozumowanie osłabia wolę. Patrzeć od razu na wszystko, to tyle, co nie wiedzieć nic i stanąć w połowie drogi i rozglądać się bezradnie... Najlepiej jest nic nie wiedzieć, tylko mieć siły i iść naprzód...
— Można się przez to nie obliczyć z siłami i paść w pół drogi...
— To i cóż?... inni, drudzy dojdą z pewnością i przekonają się, że nie warto było iść... że nie warto dążyć do niczego, że nie warto ani jednego wysiłku podnieść, ani jednej łzy wylać, ani jednej przykrości znieść... bo wszystko urojenie i urojenie...