— Może kiedy będzie można osiąść gdzie na stałe...
Sowińska uśmiechnęła się posępnie i cicho mówiła:
— Tak się z początku myśli, a potem... potem dyabli biorą wszystko i kończy się na włóczędze do śmierci... Człowiek się tam zszarga jak łach i zdycha gdzie na hotelowym barłogu.
— Nie wszyscy tak kończą! — odpowiedziała Janka wesoło, nie wiele zważając na jej słowa, bo była zajęta wybieraniem i ustawianiem różnych drobiazgów.
— Z czegóż się pani śmieje?... to wcale nie śmieszne!... — zawołała gwałtownie Sowińska.
— Alboż ja się śmieję?... mówię, że nie wszyscy tak kończą, bo tak jest przecież...
— To wszyscy powinni tak kończyć, wszyscy! — zawołała ze złością i wyszła.
Janka nie mogła zrozumieć ani jej gwałtownego gniewu, ani słów ostatnich. Rozkładała dalej rozmaite przedmioty, ale słyszała, że w sąsiednim pokoju, który zajmowała Sowińska, ktoś chodzi prędko, roztrąca sprzęty i klnie głośno.
Dnie szły naprzód niepowstrzymanie i niby fale wiecznego przypływu, biły w brzegi nieskończoności, roztrącały się o nie i zapadały w głębie czasu cicho i tak zupełnie, że tylko ślad ich istnienia pozostawał w sercach ludzkich.