Janka, po długiem milczeniu, zapytała cicho:

— Gdzież syn teraz?

— Gdzie?... — odpowiedziała głucho, podnosząc się z ziemi — gdzie?... — Umarł! Zastrzelił się, psi syn!... zastrzelił się!...A!... że cię psubracie, święta ziemia nie wyrzuciła za tę krzywdę, jaką matce zrobiłeś!... Trzeba być ostatnim hyclem, ażeby mnie tak zostawić samą... I to rodzone, najukochańsze mi zrobiło... o!...

Zaczęła dyszeć ciężko, bo ją dusił gwałtowny spazm łez i bólu nieopisanego.

— Całe życie moje już takie! — zaczęła znowu, bo znajdowała jakąś okropną rozkosz w rozdrażnianiu ran trochę zabliźnionych. — Jego ojciec był taki sam pies... Krawiectwo robił, a ja miałam sklepik; dobrze nam było z początku, bo grosz był na zapas i w mieszkaniu mieliśmy po ludzku. Ale to niedługo trwało. Zgodzili go na krawca do cyrku; ja sama tego chciałam, bo płacili dobrze i nie miał wiele roboty. Kto mógł wiedzieć, że z tego będzie nieszczęście, kto?... Wpadła mu w oczy jakaś skoczka cyrkowa: rzucił wszystko i, jak cyrk wyjeżdżał, poleciał z nimi w świat..

Odetchnęła ciężko.

— Zęby ścisnęłam tylko! Na zbity łeb, na złamanie karku przepadnij!... Targałam się do kości, żeby tylko wyżyć z córką, ale zachorowałam na tę słabość, co tak na nią ludzie padali wtedy, jak muchy... Chorowałam długo i ledwiem się wylizała, ale wszystko dyabli wzięli, bo sklepik sprzedali mi za długi. Zostałam wprost na bruku. Szewska pasya mnie ogarnęła. Pożyczałam, gdziem tylko mogła pieniędzy i pojechałam z dzieckiem szukać swojego miłego. Znalazłam go. Z jakąś kupczychą żył, dobrze im było razem, tak, że zapomniał o mnie i o dziecku. Za łeb go prawię przywlokłam do Warszawy... Siedział cały rok, obdarzył mnie synem i znowu uciekł... Już go nie szukałam. Plunęłam za nim... Co z psem zaczęło, niech z psem kończy. Miałam dwoje dzieci, było więc o czem myśleć; robiło się różnie, byle wyżyć i tak jakoś lata szły... Chłopca, jak tylko skończył dziesięć lat, choć się darł do książki, choć ino po całych dniach czytywał, do terminu, do bronzownika oddałam... Nie było nieraz jeść kupić za co, a cóż dopiero uczyć.

Miałam z nim utrapienia, miałam!...

Majster się skarżył, że po nocach czytuje, że przy robocie za pazuchą książki nosi i robotę opuszcza dla czytania. Ale jak się tylko wyzwolił, zwąchał się zaraz z aktorami i już przepadł dla mnie... Com się naprosiła, com napłakała krwawemi łzami; nic nie pomogło. Całował mnie po nogach, przepraszał, a mówił jedno: — „Pójdę do teatru! nie wytrzymam, i pójdę!” — Biłam go, katowałam jak psa, nie powiedział mi marnego słowa za to, ale rzucił nas i przyłączył się gdzieś na prowincyi do tej zgrai... Dopust Boży! — pomyślałam. To już widać tak stało napisane, że pociechy z niego mieć nie będę, a tylko udręczenie!... Zaczęłam pomagać mu po trochu... Córka mi dorosła, brałyśmy szycie do domu i tak się jakoś żyło.

Aż tu jednego dnia przywożą mi męża — ślepego zupełnie. Matko Boska! myślałam, że mnie szlag trafi ze złości, bo jak był zdrowy, to się tłukł po świecie, a ślepy, z chorobą niewyleczalną przywlókł się do mnie zdychać... Dałam mu kąt, bo dzieci tak chciały. Jabym go była z drugiego piętra zrzuciła na bruk za moją poniewierkę przez niego... Ale Pan Bóg był wtedy o tyle łaskaw na mnie, że zabrał go niedługo.