Poznała, że samotność jest nieszczęściem w pewnych stanach duszy.
Kręska zawołała ją na obiad, objaśniając, że Grzesikiewicz już czeka.
Wytarła ślady łez, poprawiła włosy — poszła.
Grzesikiewicz pocałował ją w rękę i usiadł obok niej.
Orłowski miał humor świąteczny i coraz domyślniki i tryumfujące spojrzenia rzucał na Jankę.
Pan Andrzej był milczącym i niespokojnym; czasami się odzywał, ale tak cicho, że ledwie Janka usłyszeć mogła. Na Kręskiej znać było zdenerwowanie.
Jakaś posępna atmosfera wisiała nad wszystkimi.
Obiad wlókł się ciężko i nudnie. Orłowski chwilami wpadał w zadumę i wtedy marszczył brwi, targał gniewnie brodę i mordercze spojrzenia rzucał na córkę.
Po obiedzie przeszli do saloniku.
Podano czarną kawę i koniak.