— Mirowska! chodź-no pani i patrz, jak oni grają! — mówił do starej aktorki, apatycznie dzisiaj usposobionej i oczy mu płonęły gorączkową nienawiścią.
— To moja rola!... ja ją grać powinienem. Co on z niej zrobił?... Bydlę pijane! — syczał przez zaciśnięte zęby i gdy zerwały się brawa gorące i pomimo wszystkiego zasłużone. Stanisławski zsiniał i aż się chwycił kulisy, ażeby nie runąć, taka straszna zazdrość go dławiła.
— Bydło! bydło! — szeptał, wygrażając zaciśniętą pięścią publiczności.
Pobiegł potem do inspicyenta, nie mógł go znaleźć i przyszedł z powrotem; chodził następnie, ledwie wlokąc nogi za sobą, rozdenerwowany i zły.
— ...Córko moja! dziecię ukochane! więc nie odpychasz starego ojca?... przyciskasz do czystego serca ojca zbrodniarza?... nie uciekasz od jego łez i pocałunków?... — płynął ze sceny gorący szept Topolskiego i uderzał w starego aktora, że stawał, zapominał piorunowo o wszystkiem, porwany grą, i szeptał te same słowa i kładł w te ciche akcenta miłości ojcowskiej tyle uczucia i łez, tyle krwi i zapału, i taki był śmieszny, jednocześnie w niepewnem świetle kults, z patetycznie wyciągniętemi rękoma do próżni, z głową podaną naprzód, z oczyma utkwionemi w sznur od kurtyny, że Wicek, który to zobaczył, pobiegł do garderoby z krzykiem:
— Proszę panów!... Stanisławski, tam, za kulisami pokazuje znowu coś swojego...
Pobiegli hurmem, przyglądać się widowisku, a zobaczywszy go jeszcze w tej samej patetycznej postawie, wybuchnęli jednogłośnym śmiechem.
— Ha! ha! to małpa amerykańska!
— To je taka mamuta afrykańska! co una sto lat żyje! co una ludzi jadła, papir jadła, role jadła, sławę jadła i jaże kręćka dostała, tak się objadła! — wołał Wawrzecki, naśladując ton i mowę jakiegoś prowincyonalnego pokazywacza osobliwości.
Stanisławski oprzytomniał i obejrzał się poza siebie, a spotkawszy się z oczyma szydzących, zadrżał i opuścił smutnie głowę na piersi.