Przyglądała się bacznie ich twarzom, sukniom i uśmiechom i przychodziła do bolesnego przekonania, że takie damy muszą nie wiedzieć, iż są inni ludzie, którzy cierpią, płaczą i są głodni.

Ale zaczęła później rozumować, że i ona sama ubraną jest podobnie; że takich może być więcej, może przechodzą obok niej i tak samo głodni, zrozpaczeni, czepiają się spojrzeniami twarzy przechodniów... Chciała rozpoznawać w tłumach twarze cierpiące i nie mogła. Wszyscy wyglądali na zadowolonych i szczęśliwych.

Wtedy coś, jakby tryumf własnej wyższości nad tłumem strojnym i najedzonym opromienił jej twarz. Czuła się znacznie wyższą od tego świata...

— Mam ideę, cel jakiś! — myślała.

— Dlaczego one żyją?... po co?... — zapytywała się nieraz.

I, nie umiejąc sobie odpowiedzieć, uśmiechała się z politowaniem nad marnością ich egzystencyi.

— Motyli ród! Nie wie, skąd?... po co?... i dokąd?... — szeptała, nasycając się dowoli tą cichą pogardą ludzi, jaka się w niej nadmiernie rozrastała.

Dyrektorowej nienawidziła teraz z całej duszy, bo choć Pepa była zawsze dla niej słodko uprzejmą, ale nie płaciła za lekcye, wyzyskując z uśmiechem życzliwości jej położenie i siły.

Janka nie mogła zerwać z nią, bo czuła wyraźnie, że poza tą jej wdzięczącą się maską twarzy, ukrywa się jędza, któraby jej tego nie darowała; zresztą nienawidziła jej jako kobiety, matki i jako aktorki. Poznała ją doskonale, a zresztą, w tem swojem rozdarciu i szamotaniu się ciągłem, musiała kogoś kochać ogromnie, albo nienawidzić.

Nie kochała jeszcze nikogo, ale już nienawidziła.