Szarość jakaś, bijąca od tych brudnych ścian i dekoracyi, od tego wyszarzanego tłumu drwiących nędzarzy, przesączała ją całą.

Uczuła się tak zmęczoną, rozbitą, chorą i niezdolną do niczego, że poszła na ogródek szukać Władka, aby ją odprowadził do domu, bo nie miała sił.

Nie znalazła go; wyniósł się przezornie, a ona wróciła z powrotem do garderoby i siedziała bezmyślnie.

— Strzeż się pani marzeń!... strzeż się pani wody!... — powtarzała, przypominając sobie z trudem, kto jej to mówił.

I nagle zbladła i cofnęła się w tył, bo zakłębił się w jej mózgu taki chaos, że myślała, iż oszaleje...

Siedziała długo bezprzytomna, i płakała. Płakała, nie mogąc się powstrzymać, bo odzyskawszy nieco świadomości, przypominała sobie wszystkie swoje cierpienia i doznane zawody.

Wkońcu, zmordowana wyczerpaniem, ukołysana ciszą, jaka ogarnęła teatr po ukończeniu próby — usnęła.

Przebudziła ją Rosińska, która tego dnia przyszła wcześniej do garderoby, bo miała zaczynać sztukę, i gdy zobaczyła śpiącą, litość ją ogarnęła; resztki zaszminkowanej teatralnem życiem kobiecości poruszyły się w niej na widok bladej, zmizerowanej biedą i zgnębieniem twarzy.

— Panno Janino! — szepnęła z czułością.

Janka powstała i zaczęła nerwowo ścierać ślady łez z twarzy.