Przystanęła i chciała ją powitać, ale Niedzielska spojrzała na nią groźnie:
— Czego chcesz, ty! ty!...
Zakasłała się gwałtownie, pogroziła jej laską, którą się podpierała i powlokła się dalej.
Janka obejrzała się bezwiednie, czy gdzie nie zobaczy Władka, ale już widać znikł... nie widziała go od rana.
Umyślnie jej unikał, bo stanowczo przyszedł do wniosku, że lepiej mieć do czynienia ze zwyczajnemi kobietami: nie potrzeba się krępować, udawać i ciągle liczyć się ze wszystkiem.
Zresztą, zrobiła klapę: była dalej tylko chórzystką, i matka mu groziła wprost wydziedziczeniem za nią...
Patrzyła długo za starą, która pewnie szła szukać syna, i poszła wolno do domu.
X
Janka leżała chora. Zdawało się jej, że leży na dnie studni i z tych głębin, w które ją zepchnęli, widzi tylko blady błękit nieba, czasem noc zupełną, czasem migotanie gwiazd, to jakieś skrzydła przelatujące kładły cień na jej oczy, że przestawała wiedzieć o wszystkiem; czuła tylko, że to falowanie życia i jego odgłosy, jego zamęty, krzyki, łzy i rozpacze, sączyły się po gładkich cembrowinach i zlewały w jej duszy jak w zbiorniku i przenikały ją całą bólem nieświadomym, który jednak czuła w każdem tętnie swojego jestestwa.
Zdawało się jej, że jest coraz dalej nie tylko od życia, ale i od marzeń, bo ilekroć razy chciała coś myśleć, kombinować, tworzyć myśli jakiś obraz lub pojęcie, wymykało jej się wszystko z mózgu, jakby przez jakieś olbrzymie szczeliny i czuła tylko pustkę i ból samotności.